muzyka elektroniczna, el-muzykamoog

La Gomera, 11-18 październik 2005

Ricochet Gathering 2005

Zacznę od tego, że bus który miał nas zabrać do Berlina, po prostu po nas nie przyjechał!!! Nasza trójka: Ola, Jakub (Jakub Kmieć - Polaris) i Ja (Jarosław Degórski), staliśmy na mrozie 2 godziny. Monitowaliśmy właściciela firmy transportowej i po 2 godzinach pojawiła się w zastępstwie Taxi, która szczęśliwie i o czasie dowiozła nas na Berlin Tegel. Po dotarciu do Madrytu, okazało się, że nasz samolot na Teneryfę, został odwołany i w zastępstwie możemy polecieć innym airbusem, ale dopiero za 2 godziny... Razem z nami do tego potwora wsiadło chyba z pół lotniska (kilkaset osób) i polecieliśmy. Samolocik dał taki czad podczas startu, że mało mnie nie wgniotło w siedzenie. Wylądowaliśmy oczywiście duuuużo po planowanym czasie i o promie można już było zapomnieć. Na szczęście Kuba załatwił tani motelik na Teneryfie, gdzie (po uprzedniej wizycie w barze), mogliśmy w miare wygodnie przenocować aby z rana udać się promem na Gomerę.

Wyspa jest niesamowita, normalnie dwa światy: na dole Afryka, a o 1000 km wyżej krajobraz jak w Polsce, ale o tym już później. Dotarliśmy w momencie gdy reszta towarzystwa kończyla jeść śniadanko (paskudne tak na marginesie, bo po kilku dniach śniła mi się po nocach pomidorowa ;) Na miejscu okazało się, że większość miejsc do grania jest już zajęta i trzeba było łapać to co zostało.

Pierwszego dnia po południu graliśmy luźny jam, a wieczorem koncert zagrał nasz rodak Józek Skrzek. Razem z nim grali: Conrad Gibbons i Steve Shreder, i Jens Zygar. Sam koncert był rewelacyjny, Józek w świetnej formie, a reszta towarzystwa wiadomo - sami zawodowcy. Pozornie wydawać by się mogło, że materiał który zagrali jest z góry przygotowaną płytą, a nie luźnym jam sesion. Okazało się podczas rozmowy z Józkiem, że tak na prawdę przez dwa dni siedzieli nad nim, w Castilo del Mar, aby trzeciego dnia zagrać dla publiczności. Józek ostatecznie zabrał ze sobą swojego mini mooga, oraz grał na Yamacha Clawinova (wyposażenie Castilo) i śpiewał. Koncert został filmowany przez Jefa (fan muzyki). Był to jeden z lepszych występów, jakie miały miejsce podczas RG. Niestety Józek nastepnego dnia odlatywał i nie mógł z nami grać więcej jamów.

Następnego dnia wieczorkiem mieliśmy swój pierwszy koncert. Razem z nami, (czyli Jakub i Ja) grali: John Christian, Poul Negel i Peter Ruczyński, czyli praktycznie całe Airsculpture. Było świetnie!!! Momentami dochodził Jens, oraz Poul Lower. Graliśmy okolo godziny i wszystkim nasz występ się bardzo podobał.

Przed nami były kolejne dni, w których mogliśmy zgrać kolejne koncerty... Generalnie w tym roku większość muzyków, (kolo 80%) miala laptopy i muzyka była przez nich wcześniej przygotowana (Jakub grał z Laptopa, ja grałem z Korga i Yamahy). Ponieważ muzyków było bardzo dużo, Vic musiał nas podzielić na grupy, kiedy możemy grać, a kiedy mamy "wolne".

Kolejnego dnia zagrało Airsculpture. Chłopaki wyposażeni wszyscy w laptopy grali materiał już wcześniej przygotowany w domu (jak mi wspominał Adrian Beasley ich obecna muzyka, to połączenie dawnego Berlina, z muzyką elektro i mocnym bitem). Po pierwszym secie utrzymanym w stylu berlińskim i po przerwie na piwko, weszli na scenę ponownie i tym razem poleciała muzyka z ostrym bitem. Była tak dynamiczna i porywająca, że Ola oderwała się od książki, wskoczyła na stół i zaczeła tańczyć. Po chwili za nią na stół wskoczył Vic i już razem tańczyli na stole. Reszta towarzystwa tańczyła również ale na kamiennej posadzce zamku.

Po tej dynamicznej dawce energi, Adrian poprosił Chrisa (naszego akustyka - rewelacyjny inżynier dźwięku z Niemiec), aby zamontował w odległym końcu dziedzińca dwa mikrofony, które zbierały dźwięki morskich fal.

Wszystko to Chris przepuszczał przez procesor efektów, i mieszał razem z muzyką graną na żywo przez Adriana. Wrażenie było niesamowite. Kiedy wydawać by sie mogło, że już jest koniec imprezy, Vic podszedł do mnie i zapytał się czy nie mamy ochoty zagrać własnego seta. Wskazał nas POLAKÓW jako prowadzących ten koncert, a dodatkowo do współpracy na scenie poprosił Dava Brewera, oraz Bila Foxa.

Na początek zagraliśmy spokojną refleksyjną muzykę, aby stopniowo podkręcać tempo i zmieniając style i gatunki, wejść w całkowicie odjechany klimat na pograniczu etchnic music i elektro bit. Bil Fox używał swojej gitary nie tylko do grania, ale przetwornik gitarowy zastosował jako przedwzmacniacz. Włączył małe radyjko, nastawione na lokalną stację przyłożył je do gryfu i usłyszeliśmy jak na kolumnach pojawił sie hiszpański głos spikera radiowego.

Dawe Brewer na swoim Rolandzie szalał na solówkach, a ja korzystając z barw Korga i Yamachy, grałem padami i zrobionymi wcześniej solowymi brzmieniami, a podczas elektro, używałem różnych dziwnych dźwięków (o których istnienie bym wcześniej nie podejrzewał mojego instrumentarium). Jakub, dzięki temu, że jako jedyny miał laptopa, mógł nam dawać cała oprawę rytmiczną, sekwencerową i różne odjechane efekty. Całość brzmiała fantastycznie!!! Publika była zachwycona, migały flesze zebraliśmy spore brawa. Po koncercie podchodzili do nas inni muzycy i gratulowali nam występu. Myślę, że był to jeden z bardziej udanych koncertów tego wieczoru.

Jak wspominałem wcześniej, na wyspie istnieją dwa światy: jeden to typowy dla tej wysokości geograficznej podzwrotnikowy, gdzie rosną palmy, bananowce, pomarańcze i inne rośliny tropikalne i drugi położony na wysokości 1000m npm., przypominający nasz Polski krajobraz, gdzie są paprocie, porosty, drzewa lisciaste i temeratura stosowna do tej pory roku bo około 16 stopni C (na dole jest 26 stopni C). Najbardziej szokujące jest zatrzymanie się w miejcu, gdzie te dwa światy stykają się ze sobą.
Następnego dnia Vic zaplanował wielką imprezę dla publiczności: Techno party. Jak się okazało impreza miała charakter łączony, tzn. byl dj Gandalf (lokalna gwiazda), który sprowadził nawet ekipę tancerzy, ale przede wszystkim zagrali jako suport: Conrad, Poul, Dawe, Bil, a po nich wystąpiła cała SSO, której ponownie towarzyszył Conrad Gibbons. Publika dopisała, było kilkaset osób.
I tutaj mała dygresja na jego temat: Conrad, tak jak ja był po raz drugi uczestnikiem RG Tym razem zabrał ze sobą całą masę sprzętu i wszystko grał na żywo, bez wspomagania się laptopem (w ten sam sposób grali: Józef Skrzek, Steve Jolliffe, Dawe Brewer i Ja). Vic w rozmowie ze mną przyznał, że właśnie Conrad jest największą niespodzianką i zaskoczeniem naszej imprezy. Uznał, że reprezentuje bardzo wysoki poziom (takie jest również i moje zdanie) i typował go do grania z innymi uczestnikami naszego RG 2005. Conrad brał udział w największej ilości koncertów, grając praktycznie z każdym z nas. Występu SSO nie da się opisać, kto lubi muzykę techno na pewno byłby zachwycony. Kto techno tylko toleruje, nie żałował by ani przez chwilę, że tam jest.

Steve Schroyder, przygotował wcześniej na swoim kompie podkłady i linie melodyczne. Chłopaki pościągali z lokalnego radia hiszpańskie rozmówki i wsamplowali to wszystko na żywo podczas koncertu, a Jens grając na żywo na gongach oraz drumsach nadawał niespotykanego klimatu całości.
W pewnym momencie na scenie pojawili się tancerze, którzy w rękach trzymali płonące liny, pochodnie albo naczynia na łańcuchach. Żonglerka płonącymi pochodniami, karkołomne figury, ocieranie sie o ogień, to wszystko na naszych oczach w rytm oszalałej muzyki SSO. Widowisko jakie nam dali na długo pozostanie w mojej pamięci.

Niedziela należała do Steva Jolliffa i pomimo niesprzyjającej pogody, (a w zasadzie to nam to już nie przeszkadzało, bo taka odmiana była nawet potrzebna) zagrał on swój koncert w dolnej części zamku Castilo. Koncert był rejestrowany na 2 kamery przez Rossa - człowieka z BBC, który mówił mi, że powstanie z tego krótki materiał gdzie znajdą się zarówno migawki z koncertu Steva, jak i fragmenty ukazujące piękno wyspy La Gomera. Steve grał na tle telebimu, na którym był prezentowany film, pokazujący relację między przyrodą, a naszym pośpiesznym ztechnicyzowanym życiem.
Muzyka grana przez Steva na flecie, oraz module Yamachy W7, dopełniała resztę przygotowanej uprzednio ścieżki dźwiękowej. Była to bardzo fajna odmiana po tych wszystkich dniach koncertowych, gdzie każdy z wykonawców prezentował całkiem odmienną muzykę.

Na koniec zagraliśmy wspólnie jam sesion, i Steve włączył się w naszą muzykę grając podobnie jak w zeszłym roku (swoim głosem i fletem). Ponieważ graliśmy muzę z silnym bitem, było to po ciekawym kontrastem w stosunku do wyważonego koncertu Steva Jolliffa.

W poniedziałek nastał czas pożegnania i mieliśmy zagrać materiał dla lokalnej TV. Ta jednak nie zjawiła się i zarejestrowaliśmy dla własnych celów materiał (motyw z pocztówki), jako pamiątkę naszego pobytu w tak niezwykłym miejscu.

Kiedy już wydawało się, że impreza się kończy (zaczeliśmy właśnie zwijać sprzęt), nagle zjawił się Vic i oznajmił, że mamy specjalnego gościa: Thomas K. Muller jest to fotograf, którego zdjęcia mozna zobaczyć na stronie La Gomera. Zagraliśmy ponad godzinnego seta specjalnie dla niego (i oczywiście dla innych przybyłych gości) i tym razem grali w zasadzie wszyscy uczestnicy RG 2005.

Pomimo takiej ilości ludzi nie było żadnego zgiełku, przepychanek i niepotrzebnego haosu. Widać było, że po tych kilku dniach trwania imprezy wszyscy są wyjątkowo zgrani i dobrze się bawią. Następnego dnia, Dawe Herod zabrał nas busikiem do portu San Sebastian, skąd popłyneliśmy na Teneryfę, a potem lot 2 samolotami (jak zwykle z opóźnieniem) do Berlina i nocna jazda do Szczecina Busem - już bez przygód.

Jak oceniam kolejną, bo już szóstą, imprezę Ricochet Gatchering 2005: Moim zdaniem tegoroczna RG była bardzo udana i na najwyższym poziomie tecznicznym. Zdaniem Vica był to najlepszy jak do tej pory RG. Ponieważ większość muzyków, miała przygotowany już wcześniej materiał na kompach, nasze jam sesion - były to gotowe materiały płytowe do wydania na CD. Nie zdziwił bym sie, gdyby Vic porobił (podobnie jak miało to miejsce w moim przypadku - podczas koncertu Brewera, Gibbonsa i mojego na zeszłorocznym RG 2004) osobne płyty poświęcone konkretnej "kapeli" występującej danego dnia, a dla celów komercyjnych 4 płytowy album zawierający zmiksowane fragmenty występów z wszystkich dni. Jak widać na podstawie obecnego RG, impreza zaczyna powoli zmieniać charakter: z typowego luźnego jam sesion, przybiera bardziej oficjalny, koncertowy popis muzycznych umiejętności wykonawców. W przyszłym roku spotykamy się ponownie, tym razem w Itali (okolice Wencji lub Boloni), nie wiadomo jednak w jakim składzie, bo z roku na rok muzyków przybywa, a Vic zapewne będzie chciał dać szansę kolejnym wykonawcom. Po za tym bardzo ważne są tutaj sprawy finansowe, o których z oczywistych względów wspominać mi nie wypada.

Rozstając się z muzykami wszyscy życzyliśmy sobie ponownego spotkania w przyszłym roku i już żałowaliśmy, że czas naszego wspólnego grania tak szybko minął. Bycie w takim miejscu z tak wspaniałymi muzykami, którzy tworzą prawdziwą artystyczną rodzinę jest wielkim przeżyciem i na długo zapada w pamięć.

Pozdrawiam i zapraszm do zajrzenia na moją stronę internetową, na której juz niebawem ukażą się fotki z imprezy.
Jarek Degórski



Jarosław Degórski

« powrót