La Gomera, 11-18 październik 2005
Ricochet Gathering 2005
Nasza
podróż na Gomerę zaczęła się już 10-go października, kiedy to
wyruszyliśmy z odwiedzinami do Stargardu do Krzyśka
(remote.spaces.project), jego żony Kasi i ich córeczki Nataszki.
Rankiem Krzysiek zawiózł nas na umówione z firmą przewozową miejsce w
Szczecinie, gdzie zaczynała się nasza właściwa wyprawa. Krzysiek -
jeszcze raz wielkie dzięki za gościnę i pomoc!
Początek wyprawy nie wróżył zbyt dobrze, ale w końcu
gdyby
wszystko poszło gładko, nie byłoby o czym później opowiadać. Otóż firma
przewozowa, która miała nas zawieść ze Szczecina do Berlina (skąd
mieliśmy samolot do Madrytu) zapomniała o nas, w skutek czego omal nie
spóźniliśmy się na nasz samolot. Po naszych interwencjach zjawił się
kierowca, który mając za sobą tylko 40 minut snu zawiózł nas do
Berlina. Po drodze jego szef się kajał przed nami SMSami. Samo życie.
Kierowcy obiecaliśmy w rekompensacie nasze płytki.
W
Madrycie mieliśmy przesiadkę na samolot na Teneryfę. Po
cichu liczyliśmy, że obędzie się bez opóźnień i z północnej Teneryfy
zdążymy dotrzeć na jej południowy koniec skąd mieliśmy "na styk" prom
na Gomere. Oczywiście los bywa złośliwy w takich sytuacjach i samolot
opóźnił się w sumie ok. 1,5 godziny. Pominę chaos, jaki obsługa
wywołała zmieniając samolot, przez co ludzie mieli zajmować miejsca w
samolocie gdzie popadnie, a nie tak, jak wydrukowane na biletach.
Ogólnie odradzam linie Iberia. W każdym razie po dość efektownym
lądowaniu na Teneryfie, taksówka udaliśmy się do Los Christianos,
szukać miejsca, w którym mieliśmy spędzić noc by nazajutrz wyruszyć na
Gomerę. W tym miejscu gorące podziękowania dla Michała Żelazowskiego,
za to, że podczas spędzanego tam wcześniej urlopu znalazł i
zarezerwował dla nas tanie spanie!
Rankiem pierwszym promem popłynęliśmy na Gomerę,
gdzie czekała
nas kolejna niespodzianka. Autobusy, które są skomunikowane z promami
tego dnia nie jeździły (tzn. był jeden, ale dopiero w południe), a to
dlatego, że 12-go października przypadało święto narodowe. Jak to Vic
ujął: "najciekawsza częścią RG będzie dotarcie na miejsce" - tak też
było.
Wzięliśmy taxi i udaliśmy się do celu naszej
wycieczki -
Vallerhemoso. Po drodze podziwialiśmy wspaniale krajobrazy Gomery,
zapierające dech w piersiach skaliste zbocza, po których wiła się
asfaltowa szosa, palmy, bananowce, ocean w oddali. Po niecałej godzinie
dojechaliśmy na miejsce, gdzie gorąco powitał nas Vic i reszta ekipy,
która akurat była na dole w hotelu.
Dalsza relacja
będzie już raczej skrótowa - wybaczcie, nie
prowadziłem dziennika, nie było po prostu na to szans - tyle się
działo.
Castillo del Mar wygląda piękniej niż na
zdjęciach - wybór
miejsca 100% trafiony. Jest to coś w rodzaju zamku postawionego na
skałce, dookoła szumi ocean, a z tarasu rozpościera się niesamowity
widok na Teneryfę. Rozstawiliśmy swój sprzęt jako ostatni - spora cześć
ekipy przyjechała już wcześniej. Smaczku hallu, w którym graliśmy
dodawały... spadające z sufitu krople wody. Musieliśmy tak ustawiać
stoły, żeby nie zamoczyć sprzętu, ale się udało.
Po
malej rozgrzewce hall przejęli SSO i Józef Skrzek, którzy tego wieczoru
dali bardzo udany koncert. SSO i Józef doskonale się zgrywali, czuje,
że ich współpraca nie skończy się tylko na tym występie, czy na samym
RG. Po tym koncercie zagraliśmy wszyscy wspólny jam. I tu małe
wtrącenie na temat organizacji jamów. Generalnie sprzęt i nagłośnienie
było do dyspozycji przez cały dzień i grał każdy, kiedy chciał i z kim
chciał. Natomiast te wieczorne jamy były już bardziej "oficjalne" i
dowodzone przez Vica Reca. Grało nam się naprawdę świetnie, mimo iż
czasem powstawał zbyt wielki natłok dźwięków - wszak muzyków i sprzętu
mało tam nie było. Oj, Christian z SSO, który czuwał nad mixem i
zgrywaniem wszystkiego na twardy dysk będzie miał sporo roboty z tym
materiałem. Sam tez mi powiedział w rozmowie, że finalna wersja zajmie
mu trochę czasu.
Jeśli chodzi o sprzęt, to
dominowały laptopy i znakomity
program Ableton Live (wszyscy z AirSculpture na tym "jechali"),
dodatkowo Peter Ruczynski używał napisanego przez siebie programu,
który wykorzystywał do wszelkiego rodzaju "pętelek". I skoro już przy
AirSculpture jesteśmy, to do nich należał kolejny wieczór. Chłopaki
zagrali swój koncert już u góry, na tarasie (poprzedni był w hallu na
dole w Castillo) - naprawdę ciekawa sceneria. AS zagrali bardzo dobry,
typowo berliński secik z interesującym, abstrakcyjnym ambientowym
wstępem. Po małej przerwie na piwko, Vic namówił AS na kolejne wejście,
tym razem poprosił o mały przedsmak przed mającym się odbyć w sobotę
Full Moon Party (muzyka w stylu trance). A teraz uwaga ortodoksi - AS
zagrali porządnym beatem, podgrzewając nieco senną atmosferę na
Castillo do tego stopnia, że m.in. moja żona i Vic tańczyli na
stołach!!! Ja na stole nie tańczyłem, bo mam lęk wysokości. A propos
lęku wysokości - Dave "Boombox" dostarczał nam niemal codziennie
ciekawych wrażeń. Już podczas popołudniowego jamu wspiął się na jedna
ze skałek przy Castillo - bez asekuracji. Ten sam numer powtórzył
podczas koncertu AS. Jako jedyny będzie miał zdjęcia AS ze skałki. AS
zakończyli swój występ powolnymi, wyciszającymi dźwiękami, po czym ku
naszemu zdziwieniu Vic zarządził mówiąc do mnie: "Teraz grasz Ty, Dave
Brewer, Jarek i Bill". Bez dyskusji pobiegliśmy rozstawiać sprzęt.
Zagraliśmy wspólnie improwizowaną ok. godzinną sesje. Pamiętam tylko,
że zaczęliśmy dość spokojnie, nieco przedłużoną impresja na brzmieniach
mellotronu i rhodesa po czym do głosu dopuściliśmy "sekwencery", której
towarzyszyła szalona solowa Billa Fox'a. Występ zakończyliśmy
odjechanymi, udziwnionymi dźwiękami, które stopniowo pogrążały się w
poszumach towarzyszącemu nam oceanu.
Na następny
dzień przewidziany był wypad do parku Garajonary
oraz wycieczka pt. Project Interspecies Communnication, czyli spotkanie
z delfinami. Park był położony właściwie w najwyższych partiach gór
Gomery, doskonale zachowane lasy, jednak robiły wrażenie swojskich -
może to przez temperaturę ok. 15 st. C? W każdym razie był to dość
interesujący spacer. Po wyjściu z parku dołączył do nas Steve Jollife,
którego Vic przywiózł z hotelu w San Sebastian i razem wyruszyliśmy do
Valle Gran Rey. Wcześniej już wiedzieliśmy, że nie uda się wszystkich
zabrać na wycieczkę na delfiny i w pierwszej kolejności pojadą muzycy,
którzy mieli najwięcej do czynienia z Project Interspecies
Communnication, a była to właściwe cala ekipa SSO. Dodatkowo popłynęli
Paul Nagle, Conrad Gibbons, Heike (jedna z fanek, wieloletnia
uczestniczka RG) i Geff (wieloletni fan). Wszyscy proponowaliśmy, żeby
Steve Jollife dołączył do muzyków, ale po wielu wahaniach Steve nie dał
się przekonać. Zostały jeszcze 2 wolne miejsca na łódce, Jens zaprosił
mnie i moją żonę.
Kilka minut po wypłynięciu
pojawiły się pierwsze symptomy
choroby morskiej na szczęście przewodniczka miała jakieś pigułki na tą
przypadłość i tak naprawdę nikt już nie cierpiał.
Niestety, kilkugodzinne krążenie po oceanie nie
przyniosło
rezultatów - najwyraźniej delfiny albo miały tego dnia wolne, albo
ostro imprezowały dzień wcześniej. Niemniej jednak Christian zaczął
podłączać sprzęt i zaczęło się emitowanie dźwięków do oceanu: Jens na
gongu, Paul Nagle na generatorze efektów (bardzo fajne "cwierkadełko")
i Conrad Gibbons na zmianę ze mną na jego Korgu Poly800. Być może
zamiast zwabić tymi dźwiękami odstraszyliśmy delfiny - ale o to, to już
trzeba te stworzenia zapytać.
Wróciliśmy
do portu skąd pojechaliśmy do Castillo, gdzie właśnie zaczynało się
Full Moon Party. Tego wieczora skały były rozświetlone piktogramami, na
tarasie pojawiło się więcej oświetlenia, w tym jakieś lasery. Zebranych
gości w Castillo rozgrzewali trance'owymi dźwiękami: Conrad Gibbons,
Paul Lawler i Dave Brewer. Dopiero od północy miał miejsce właściwy
show SSO, któremu towarzyszyły również efekty pirotechniczne. Zabawa
trwała do białego rana - ja z małżonką jednak nie byliśmy tacy twardzi
i po 2-giej w nocy zabraliśmy się do hotelu razem z Rogerem i Kate
Smith (fani RG od początku historii tej imprezy). Niedziela upłynęła
dość sennie, głownie na regeneracji sił po sobocie. Tego dnia
zaplanowane było też spotkanie z mieszkańcami Gomery posługującymi się
językiem gwizdów. Języka tego naucza się w ichnich szkołach! Udało się
również zaimprowizować coś w rodzaju "gwizdanego rapu" - dwóch
gomeryjczykow (?) gwizdo-rapowało do puszczonego rytmu - ot, taka
sympatyczna ciekawostka. Pogoda tego dnia nieco się spaskudziła - cały
dzień padał deszcz, cały sprzęt trzeba było z powrotem znieść na dół i
tam tez odbył się wieczorem koncert Steve'a Jolliefe'a, pierwotnie
wytęp planowany był na świeżym powietrzu. Steve zagrał na flecie i
module Yamaha W7 z towarzyszeniem dźwięku z projekcji DVD "Vision
Earth". Ciekawy koncert, Steve uwiódł słuchaczy swoimi impresjami,
jednakże gdzieś ten dźwięk fletu mi cały czas uciekał - myślę, że to
jednak wina akustyki sali - długiego, betonowego holu. Po koncercie
Steve chciał już jechać z powrotem do swojego hotelu, lecz Vic
skutecznie go powstrzymał. Zaczęliśmy grać jam na dole - właściwe to
cały czas prowadził go Peter z AirSculputure serwując drum'n'basowe
loopy. W pewnym momencie zgasło światło i... dala się znów słyszeć
charakterystyczna śpiewogra Steve'a. Po koniec setu flet umilkł,
światło się ponownie zapaliło, a po Steve ani śladu. Dalej
pociągnęliśmy jam w podobnym stylu kończąc go nieco w stylu lat 80-tych
(OMD itp.).
Kolejny
dzień to już właściwie ostatni dzień przed wyjazdem. Właściwie dzień
wcześniej odjechał już Conrad Gibbons - powoli dawało się odczuwać, że
to już koniec tej wspanialej imprezy. Tego dnia planowana była tez
wizyta lokalnej telewizji. W tym celu Jens i Steve Schroyder wpadli na
pomysł nagrania lokalnej pieśni w stylu trance. Melodie wzięliśmy z
jednej z pocztówek, na której były nuty tej pieśni. Po wielu, wielu
próbach ostatecznie ukształtowała się końcowa wersja utworu. Dodatkowo
Ricochicks (tak określa się kobiety, które przyjeżdżają na RG )
opracowały naprędce choreografie. Tyle przygotowań i... ekipa TV nie
przyjechała. Cóż, takie życie, i tak bawiliśmy się przy tym świetnie.
Utwór został zarejestrowany, ciekawe, jak będzie wyglądała końcowa
wersja po wszystkich kosmetycznych poprawach, itd. Na zakończenie
pograliśmy jeszcze razem do północy i... zaczęliśmy rozłączać kable,
zbierać sprzęt, czyli zaczęła się ta najmniej lubiana cześć RG.
Następnego dnia rano Dave "Boombox" odwiózł na prom
6-cio
osobowa ekipę: Paul Lawler z Beata, Paul Nagle i nasza trojka (czyli
moja żona, ja i Jarek), jeszcze tylko ostatni rzut oka na krajobrazy
Gomery, ostanie zdjęcia i już płyniemy do Los z Christianos, skąd potem
taxi na lotnisko (tym razem południowe) i powrót do domu. Droga
powrotna na szczęście bez takich przygód jak poprzednio, bus tym razem
na nas czekał. W Szczecinie wcześniej byliśmy umówieni już z Mackiem
"Juma" i Justyna u których przenocowaliśmy... hmmmm...
przeprowadziliśmy dłuuugie nocne Polaków rozmowy (jeszcze raz wielkie
dzięki za gościnę !!!) i o 14-tej ruszyliśmy pociągiem do Łodzi.
Wracając
do Castillo, RG i jamów - oczywiście nie siedzieliśmy tam od rana do
wieczora, korzystaliśmy cały czas z uroków okolicy, pobliskiego basenu.
Wyspa jest dość malownicza i różnorodna, a tą różnorodność można
dostrzec na dystansie ledwie kilku kilometrów. Podczas gdy plaża
skąpana jest w słońcu i upale, nad reszta wyspy potrafiły wisieć
chmurki, a nad jej samym środkiem potężna, gęsta chmurzasta czapa.
Podobnie z daleka prezentowała się Teneryfa. Podobnie z roślinnością -
wszędzie wszechobecne palmy i odmiany kaktusów, nas otaczały już tylko
drzewa i paprocie. Tych słynnych z okładki TD niestety nie znaleźliśmy.
Na Gomerze dominują strome zbocza, które tubylcy ujarzmiają budując
kamienne tarasy i na nich uprawiając swoje rośliny. Tarasowiska
wyglądają naprawdę malowniczo.
Podsumowując jednymi
słowy: bardzo udana impreza, super nam
się grało, super zabawa! Żałuje tylko, że nie mógł nam towarzyszyć
Krzysiek (z rodzina) - cóż, może na RG06 się uda ?
To tyle relacji, teraz spać i rano... back to
reality (czyt. do roboty!).
Więcej zdjęć tutaj.
Relację dostarczył Polaris.
Instrumenty
Jak
już wiecie, dominowały laptopy i małe klawiaturki sterujące.
Dominującym oprogramowaniem był Ableton Live (cale AirSculpture na tym
działali oraz ja), Paul i Steve używali Logic Audio. Większość brzmień
AS oparła o ImpOSCara, ale był tez M-Tron i inne, mniej znane
wynalazki, oraz moduły Novation Nova. Ja korzystałem z freeware'owego
Nanotrona (brzmienia mellotronu), LazySnake (piano rhodes), EVOL
(leady, basy - dobry freeware), Microtonic (perkucha) i efektów
dostępnych w Abletonie, do tego oczywiście klawiatura sterująca.
Paul Nagle jako jeden z niewielu nie korzystał z
kompa -
używał P3 Sequencera, Korga Electribe i modułu Novation Nova -
doskonały zestaw do budowania sekcji rytmicznych a przy tym bardzo
poręczny. Steve Schroyder korzystał z Korga Karmy i Access Virusa oraz
programu Logic Audio. Jarek wziął ze sobą Yamahę CS1x, moduł Korga 05
oraz multiefekt Alesis. Conrad Gibbons - Roland JP8000 oraz JP8080 oraz
Korg Poly 800. Ciekawe zabawki miał Bill Fox - 3 instrumenty strunowe
(gitara i dwa pozostałe, których nazw nie wymieniam, bo się na
strunowcach nie znam) kilka efektów oraz... małe, przenośne radyjko -
pisał już o tym Jarek. Dave Brewer miał ze sobą Rolanda XP-60 oraz Korg
Kaos Pad. Jens - standardowy swój zestaw, który miał na RG04 (nie
pamiętam nazw tych zabawek) + jeden gong. O Józefie Skrzeku i Steve
Jollife już wspominał Jarek.
Całość zgrywana była na
twardy dysk poprzez wielokanałowy
interfejs MOTU - zatem każdy z nas nagrywany był na osobną ścieżkę, co
jest szczególnie przydatne przy mixowaniu oraz późniejszej
identyfikacji, co kto grał. Ogólnie Christian wykonał naprawdę kawał
dobrej roboty jeśli chodzi o podłączenia, nagrywanie i miksowanie.
Wszystkie te informacje w swojej kompletnej formie
będą na
pewno za jakiś czas dostępne na stronach RG i prawdopodobnie na płycie
z RG.
Co
do delfinów to polegało to na tym, że w wodzie zanurzony był głośnik, z
którego nadawane były nasze dźwięki, oraz mikrofon, który miał za
zadanie zbierać te dźwięki w wodzie oraz ewentualne dźwięki wydawane
przez delfiny. Dźwięki łapane przez mikrofon nagrywane były na
laptopie. Przez całą z reszta imprezę Steve i Christian zajęci byli
nagrywaniem dźwięku z wody i modyfikowaniem podwodnego mikrofonu.
Dźwięki te z tego co pamiętam były używane podczas jam-session.
Relację dostarczył Polaris.
Polaris
« powrót